One passion. One goal. Simply Premier League
Blog > Komentarze do wpisu
Jedenastka tygodnia



Bramkarz

Paul Robinson – kolejny dowód na tezę, że bycie bramkarzem to fatalny sposób na życie. Był najlepszym graczem swojej drużyny w meczu z Man City. Ba, tak naprawdę jedynym, o którym można powiedzieć, że coś w tym meczu zagrał. Jednak mimo beznadziejnej postawy jego kolegów, nikt nie będzie im tego meczu wypominał – bo przecież wiadomo, z kim grali, że byli bez szans, że już dawno ten mecz trzeba było spisać na straty. Ale klops Robinsona z 52' trafi do annałów. Bo przecież gdyby nie on, to z całą pewnością Blackburn roznieśliby City w pył :)


Obrona

Frank Lampard – trochę sobie o liderze Chelsea porozmawialiśmy w minionym tygodniu. AVB z uporem maniaka próbuje przekonać wszystkich, że Lamps nie jest już potrzebny the Blues. I pewnie ma rację... W Pucharze Anglii Franek wchodzi z ławki tylko na kilka minut - remis. W Lidze Mistrzów też z ławki - porażka. Z Boltonem od początku - zwycięstwo, gol i asysta. Franek w najlepszy możliwy sposób broni się przed odesłaniem do szuflady z napisem „Zgrane karty”. Boss the Blues nie ma wyjścia - póki nie znajdzie lidera z prawdziwego zdarzenia, musi polegać na Lampardzie. A to wcale nie jest takie złe rozwiązanie.

Chris Samba – jedno z największych zaskoczeń rynku transferowego. Nasz ulubieniec – malutki Sambinho – postanowił podbijać rosyjskie boiska i przeniósł się do Anży Machaczkała. Stary, byłeś prezesem, który odciskał swoje piętno na każdym meczu i którego interwencje oglądaliśmy z wielką przyjemnością. I choć na sam koniec kariery w Premier League trochę się naburmuszyłeś i zacząłeś wydziwiać jak primabalerina (czego nigdy nie pochwalamy), to będziemy cię pamiętali jako wielkiego wojownika. Powodzenia!

The Guardian – cała obrona w tym tygodniu w nastroju pożegnalnym. Jedno z najfajniejszych narzędzi domorosłego taktyka-statystyka nie będzie już dostępne. Mowa oczywiście o słynnych Chalkboards, z których można było korzystać na internetowej stronie brytyjskiego dziennika. Chłopaki z redakcji odwalali kawał dobrej roboty i dostarczali nam mnóstwa bazowych statystyk i zabranie tych zabawek to chamstwo w biały dzień! Chyba pora pomyśleć o szarpnięciu się na abonament w Opta.


Pomoc

Liam Bridcutt - pomocnik Brighton & Hove Albion miał w 5 rundzie Pucharu Anglii koszmarny wieczór - strzelił 2 gole samobójcze. Ale i tak może mówić o szczęściu, bo w tym meczu działo się tyle, że nawet taki wyczyn nie zdominował pomeczowych relacji - padło aż 7 goli, swojaka wsadził też jego kumpel Lewis Dunk (gol wyjątkowej urody), Luis Suarez przestrzelił karnego, Kazenga LuaLua przełamał passę 25 meczów bez gola, a na koniec spotkania na boisko władował się golas, którego, ku radości kibiców, czułym uściskiem poskromił Jamie Carragher. Naprawdę można było tych dwóch swojaków nie zauważyć.

Adel Taarabt - w meczu z Fulham był bardzo aktywny i często testował umiejętności Marka Schwarzera. Dzięki temu umocnił się na pozycji lidera mało zaszczytnej klasyfikacji Premier League - oddał najwięcej celnych strzałów w lidze i nie zdobył w tym sezonie gola. Od początku sezonu aż 22 razy musiał obserwować, jak jego wysiłek jest niwelowany dobrą interwencją bramkarza. Adel, chłopaku, trafianie w bramkę - super. Oby tak dalej. Ale pamiętaj, że piłka musi ominąć tego pajaca, który skacze na linii bramkowej. Powtórz, O-MI-NĄĆ!!!

Tomas Rosicky - wiele cierpkich słów napisaliśmy na tym blogu o Czechu. Bo i jego gra w ostatnich kilkunastu miesiącach kazała wątpić, czy autor jego boiskowego przezwiska - Mały Mozart - miał choćby mgliste pojęcie o tym, kim naprawdę był Wolfgang Amadeusz. To że ostatnio Tomas wrócił do łask Arsene'a Wengera i częściej występuje w pierwszej jedenastce jest dla nas dużym zaskoczeniem. Do tej pory Czech nie odwdzięczał się swojemu szefowi za zaufanie. Nawet w demolce Blackburn - siedem goli - nie zdołał wziąć aktywnego udziału i nie zaliczył choćby punktu w klasyfikacji kanadyjskiej. Bywa... Ale za mecz ze Spurs należą mu się brawa, bo zagrał tak, jak nawet najstarsi kibice Kanonierów nie pamiętają. Był liderem drugiej linii Arsenalu i głównodowodzącym pogoni za lokalnym rywalem.

Anthony Gerrard – gdy Liverpool gra w finale Pucharu, bohaterem musi zostać Gerrard. Kilka lat temu w finale FA Cup z West Hamem Steve G. golem w doliczonym czasie gry doprowadził do dogrywki, a mecz ostatecznie wygrali the Reds po karnych (Steve oczywiście strzelał i strzelił). W niedzielę też Gerrard był na ustach całej Anglii. Z tym, że ten mniej sławny Anthony, bo to jego pudło z karnego ostatecznie zakończyło sen Cardiff o zdobyciu Carling Cup. Nasz ulubiony cytat z brytyjskiej prasy – Gerrard’s missing cousin.

Ryan Giggs – zmieniają się koledzy w drużynie (nie dotyczy Paula Scholesa), zmieniają się rywale do mistrzostwa Anglii, kontynenty oddalają się od siebie, a on nieprzerwanie rządzi w drugiej linii teamu z Old Trafford. W ten weekend rządził po raz 900!!! Trzeba przyznać, że Norwich grało bardzo dzielnie i miało nadzieje na zdobycie punktu w meczu z mistrzem. Ale w doliczonym czasie gry Ashley Young dośrodkował z lewej strony do wbiegającego na drugi słupek Giggsa. W tym momencie wszyscy kibice jęknęli – przecież on nie ma prawej nogi! Spoko, odkrzyknął Ryan, trafił piłkę zewnętrzną częścią lewego buta i pobiegł cieszyć się ze zdobytej bramki. Jak długo jeszcze Giggs will be tearing you apart?


Atak

CR7 - jeszcze nie wraca do Premier League, ale i tak zdecydowaliśmy się go „uhonorować” w tym tygodniu - za gola, jakiego zdobył w meczu z Rayo Vallecano. OtB nie rozumie, jak bezczelnym gnojkiem trzeba być, by wpaść na tak diabelski pomysł. Już za samo myślenie, że można w taki sposób strzelić bramkę w meczu z dorosłą drużyną, zawodnik powinien dostać czerwoną kartkę. Za brak zrozumienia idei fair play, za próbę takiego strzału, za okazanie braku szacunku do rywala - 15 meczów zawiechy. Za strzelenie gola po takiej akcji - dożywotni zakaz uprawiania jakiegokolwiek sportu. Tak nie można... Po prostu nie można...

Robin van Persie – kilka dni temu naśmiewaliśmy się ze stwierdzenia Arsene’a Wengera, że zajęcie 4. miejsca w lidze będzie dla Arsenalu jak zdobycie wymarzonego trofeum. Wtedy wydawało się to wyjątkowo dobrym lapsusem. Ale dzisiaj już mielibyśmy z tym większy kłopot. Okazuje się, że zajęcie miejsca w top4 będzie dla the Gunners oznaczało zdobycie wspaniałej nagrody – podpisu Robina na nowym kontrakcie. W wielu rzeczach nie zgadzamy się z Wengerem, ale tu idziemy z nim ręka w rękę – przedłużenie umowy z RvP jest dla Arsenalu równie ważne jak trofeum.

H&W

wtorek, 28 lutego 2012, overthebar

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: